tytus.edu.pl: niepotrzebne czołgi II wojny światowej

Pozwolę sobie umieścić tutaj ciekawy artykuł odnośnie „niepotrzebnych czołgów II wojny światowej” autorstwa Łukasza Męczykowskiego.
Zachęcam do lektury.


Czołgi przeszły od swych narodzin bardzo długą i krętą drogę ewolucji, pełną ślepych zaułków. Wiele z nich powstało w wyniku nienadążania konstruktorów za zmieniającymi się wymaganiami pola walki. Oto najciekawsze z tych stalowych rydwanów.

„Czołgi, będące początkowo przedmiotem drwin, przemieniły się w okropną broń” – tak pisał o broni pancernej Erich Maria Remarque. Miał zresztą dużo racji. W niecałe dwa lata od pojawienia się na froncie czołgi przeszły olbrzymią drogę od powolnych pudełek na gąsienicach do wyspecjalizowanych pojazdów bojowych zdolnych do realizowania różnych zadań. Prócz czołgów ciężkich, pojawiły się czołgi lekkie, szybkie, zaopatrzeniowe i służące do transportu dział, a niebawem miano wprowadzić do akcji pierwsze transportery opancerzone dla piechoty.

Koniec Wielkiej Wojny nie oznaczał końca czołgów. Przez całe dwudziestolecie generałowie, inżynierowie i politycy zastanawiali się, jak ma wyglądać wóz bojowy przyszłości. Niektóre pomysły wprowadzono w życie, inne nie wyszły poza stadium prototypu. Proces poszukiwania czołgu idealnego nabrał tempa w przededniu kolejnego światowego konfliktu. Niektórzy próbowali odświeżyć dawne idee, inni poszukiwali przełomowych nowinek. Ten pęd ku doskonałości przyczynił się do powstania szerokiego wachlarza czołgów, jak również pojazdów przeznaczonych do ich zwalczania.

TOG II – Too little, too late

Znany slogan mówi, że generałowie najlepiej przygotowują się do minionej wojny. To powiedzenie, mimo iż dosyć stare i wytarte, raz po raz potwierdza swą słuszność. Na gruncie techniki pancernej trudno znaleźć lepszą ilustrację tych słów niż TOG II.

Historia tego pojazdu rozpoczyna się na przełomie lat 30. i 40. XX wieku. Szukając nowych czołgów, mających przynieść zwycięstwo w kolejnej wojnie, brytyjski Special Vehicle Development Committee spłodził 64-tonowe monstrum o wdzięcznej nazwie TOG I. Choć nazwa pojazdu kojarzy się ze słowem „frog” (żaba), nie występował tu żaden element animalny. Grono konstruktorów owego czołgu składało się z ludzi, którzy przeżywali którąś już młodość z kolei, więc ich wiek i łączące ich koleżeńskie stosunki sprawiły, że ich grupa znana była jako The Old Gang, czyli Stara Paczka.

TOG II w zbiorach Bovington Tank Museum (fot. Makizox, CC BY-SA 4.0)

Pierwsze próby poligonowe prototypu przeprowadzono w październiku 1940 roku. TOG I okazał się spektakularną klęską. Skonstruowany zgodnie z wymaganiami Wielkiej Wojny, miał 10 metrów długości i 3 szerokości, co pozwoliłoby mu bez problemu poruszać się pod Sommą czy Verdun. Równie imponujące było uzbrojenie, składające się z działa 75 mm w kadłubie, jak również dalszych dział i karabinów zamontowanych w wieży na szczycie pojazdu i bocznych sponsonach.

Ten wspaniały czołg miał jednak jedną zasadniczą wadę – jego twórcy zapomnieli spojrzeć na kalendarz. TOG I olśniłby wszystkich w 1918 roku, ale w 1940 był przestarzały od momentu narodzin. Mówiąc krótko, SVDC stworzyło wielkie powolne pudło z napędem dieslowsko/elektrycznym nadające się co najwyżej na ruchomy poligonowy cel, nie na pole walki. The Old Gang miał jednak plan B.

Prace nad nowym monstrum rozpoczęły się już w czerwcu w 1940 roku. TOG II był cięższy (80 ton!) i wolniejszy od swojego poprzednika, zachowując jednak ogólnie te same wymiary. Zmodyfikowano uzbrojenie, zmieniając je zresztą kilkukrotnie aż do finalnej, zachowanej obecnie w muzeum wersji z 17-funtowym działem. Zakładano początkowo, iż TOG II również będzie miał boczne sponsony, ale wkrótce z nich zrezygnowano, zostawiając jednak otwory po obu bokach pojazdu.

Cały projekt dotrwał, zapewne siłą biurokratycznej bezwładności, aż do maja 1943 roku, kiedy to przeprowadzono poligonowe próby pojazdu. Mechanicznie TOG II sprawował się bez zarzutu, jednak nie dało się ukryć jego oczywistych mankamentów – niezwykłych rozmiarów i niskiej prędkości. Mimo to projekt wygaszono dopiero w 1944 roku, tworząc w ten sposób piękne świadectwo marnotrawstwa środków, biurokracji i fantazji podstarzałych konstruktorów.

KW-2 – Młot Stalina

Zbrodnicze imperium Stalina stało się ojczyzną wielu konstrukcji pancernych, często unikalnych i przełomowych jak na swoje czasy. W tej całej masie trudno jednak o większe kuriozum na gąsienicach niż czołg KW-2.

Zaborcze zapędy Józefa Wissarionowicza są faktem powszechnie znanym. Jego cel był prosty – podbić świat. Na jego drodze mogły stanąć jednak nie tylko wrogie armie broniące swojego terytorium, lecz również przygotowane zawczasu linie obronne oparte o solidnie przygotowane zapory inżynieryjne oraz najeżone lufami betonowe fortece.

KW-2 w Centralnym Muzeum Sił Zbrojnych w Moskwie (fot. Gandvik, CC BY-SA 3.0)

Wojna przeciwko Finlandii pokazała, że nawet niewielkie, słabo uzbrojone i wyposażone schrony bojowe mogą stanowić znaczną przeszkodę dla nacierających wojsk. Owszem, nie są niezniszczalne, niemniej ich likwidacja wymaga użycia najcenniejszego zasobu będącego w dyspozycji atakujących, czyli czasu. Artyleria polowa, przed wynalezieniem amunicji precyzyjnej, potrzebowała długiego ostrzału do zniszczenia tak niewielkiego obiektu, a broń przeciwpancerna piechoty początku lat 40. pozostawała bezsilna wobec betonowych ścian i pancernych płyt.


Jeśli wpis Was zainteresował gorąco polecam zapoznanie się z tekstem źródłowym TUTAJ.

autor: Łukasz Męczykowski
ź: tytus.edu.pl

10 Odpowiedzi do “tytus.edu.pl: niepotrzebne czołgi II wojny światowej

    1. Są. Jeśli masz pojazd, którego produkcja pochłania zasoby, jego użycie oznacza zużycie sporych ilości paliwa a rzeczony pojazd jest przestarzały i nie nadaje się do niczego to można powiedzieć że jak najbardziej jest niepotrzebny.

      1. Myślę że chociaż Stalin przed każdą operacją wołał: „teraz dawajcie T-34!”, to KW mógł być świetnym fun tankiem dla radzieckich czołgistów. Tog- świetny do szkolenia załóg. Oryginalnie wchodziło do niego o ile pamiętam 8 ludzi. Można było szkolić dwie załogi na raz.

        1. Nie bardzo – wciąż mogłeś szkolić jednego kierowcę na raz, jednego celowniczego i tak dalej. Lepszym rozwiązaniem, które szeroko stosowano było używanie starszych czołgów, albo specjalnie przygotowanych czołgów szkoleniowych.

        2. To taki słaby żarcik.
          Natomiast co do czołgów szkolnych-chyba nikt w czasie wojny nie mógł sobie pozwolić na ich produkcję?
          Czołgi starsze tak- alianci mieli przerwy i nie zużywali wszystkiego w walce więc np maczkowcy jeździli po Szkocji Crusaderami chyba do końca 43. Niemcy mieli swoje Pz1. A Rosjanie-ci to chyba w ogóle szli do bitwy bez szkółki, albo po 5-10 godzinach jazdy.

        3. Jeśli chodzi o czołgi szkolne: Niemcy np wyprodukowali trochę szkolnych Panter i Tygrysów, ale jeśli dobrze pamiętam chodziło o uszkodzone maszyny ściągnięte z frontu itp i było to kilka sztuk.

          Nie kojarzę – ale może to po prostu brak wiedzy – przypadku, by masowo produkowano pojazd przeznaczony od początku do szkolenia.

          Co innego, jeśli planowano wprowadzenie jakiegoś sprzętu do służby w czasie wojny, ale okazał się takim badziewiem że wyprodukowane maszyny kierowano bezpośrednio do szkolenia. Taki los spotkał np. Covenantera, Brytyjczycy ruszyli z produkcją zanim został dokładnie przetestowany i w efekcie dostali ponad tysiąc siedemset czołgów które trafiły do Home Defence oraz przede wszystkim do jednostek treningowych.
          W lotnictwie taki los czekał np. Blackburn Botha, ale też nasze PZL Żubr – tyle, że już w służbie niemieckiej.

        4. Sądzę że nie było potrzeby budowania specjalnego pojazdu do szkolenia. Obecnie też takich się nie robi.
          Jak pamiętam z służby wojskowej. Kilka godzin wiedzy teoretycznej i nauki obsługi, kilka godzin jazdy w terenie i w miarę sprzęt opanowałeś.
          Czołg nie jest trudnym pojazdem do prowadzenia.

Dodaj komentarz